Moja historia traderska
- „Czas skończyć to drogie hobby."
- Wyjechałem do USA — i zacząłem edukację pod okiem Joe Rossa.
- Gdybym jutro miał zaczynać od zera — wiedza i kompetencje pozwoliłyby mi w krótkim czasie odtworzyć wszystko od nowa.
Czytaj całą historięZwiń +
Przygodę z inwestowaniem zacząłem w połowie lat 90., gdy na polskiej giełdzie były tylko cztery spółki. Pamiętam te romantyczne czasy do dziś — stało się w długiej kolejce, z kwitkiem w ręku, żeby złożyć zlecenie. Tak zarobiłem swoje pierwsze pieniądze. Jak się później okazało, było to w dużej mierze szczęście nowicjusza.
Potem przyszły trudniejsze czasy. Próbowałem już świadomie różnych metod — i za każdym razem efekt był ten sam: traciłem. Po kilku latach nieudanych prób usiadłem w fotelu z myślą: czas skończyć to drogie hobby. Ale wtedy odezwało się drugie, silniejsze uczucie. Szeptało: przecież ty to bardzo lubisz — tylko jeszcze nie potrafisz na tym zarabiać.
Tak zapadła decyzja, żeby uczyć się tradingu od praktyka. W tamtym czasie w Polsce nie było takich możliwości, więc wyjechałem do USA — i zacząłem edukację pod okiem Joe Rossa. Później doszła psychologia inwestowania u Adrienne Toghraie, i kolejne kursy. Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że ta decyzja w fotelu była strzałem w dziesiątkę. Zmieniła moje życie zawodowe.
Dziś traduję codziennie. Koncentruję się na kilku rynkach — Nasdaq, S&P 500, kilku rynkach towarowych — bo chcę być ekspertem w wąskiej dziedzinie, nie omnibusem we wszystkim. Mój dzień pracy to głównie badania i rozwój własnych narzędzi. Sam trading jest już tylko efektem wcześniejszych przygotowań; im bardziej powtarzalny i nudny, tym lepiej. Żartuję, że moim największym sukcesem było zaśnięcie pewnego dnia w oczekiwaniu na sygnał.
A moja największa siła? Dwie rzeczy. Doświadczenie zbudowane na niezliczonych błędach, które wiele mnie nauczyły. I przekonanie, że gdybym jutro miał zaczynać od zera — wiedza i kompetencje pozwoliłyby mi w krótkim czasie odtworzyć wszystko od nowa.