Miałem dobry trading plan. Statystyka go wspierała. Ryzyka nie widziałem.
Rok 2008. Świat żył kryzysem bankowym, a rynki rzucało z dnia na dzień.
Byłem już jednak, jak mi się wtedy wydawało, doświadczonym traderem. I miałem precyzyjny plan. Tym razem miała to być transakcja na pszenicy, a konkretnie spread kalendarzowy.
Czym jest spread? To nic innego jak prosta spekulacja. Dam ci przykład: jest listopad, zima za pasem. Opał z dostawą od ręki jest drogi, bo wszyscy potrzebują go teraz. Ten sam opał z dostawą w lipcu jest tańszy, bo latem nikt się o niego nie bije.
Na giełdzie działa to podobnie, tylko w uregulowany sposób. Pszenicę kupuje się z dostawą w konkretnym miesiącu, na przykład w marcu albo w lipcu, i ceny dla różnych terminów są różne. Spread kalendarzowy polega na tym, że jednocześnie kupujesz pszenicę z jednym terminem dostawy i sprzedajesz z drugim. Nie obchodzi cię, czy pszenica podrożeje, czy stanieje. Zarabiasz na tym, jak zmieni się różnica między tymi dwiema cenami.
Mój spread na pszenicy mocno się rozjechał, a statystyka mówiła jasno: powinien wrócić. Skoro różnica między ceną z marca i z lipca jest duża, to można kupić tańszą, sprzedać droższą i zagwarantować sobie „pewny” zysk. Tak przynajmniej wtedy myślałem.
Wchodzę więc zgodnie z planem: sprzedaję droższą pszenicę z najbliższym terminem dostawy i jednocześnie kupuję tańszą z późniejszym terminem.
Spread idzie przeciwko mnie, co oznacza, że ceny rozjeżdżają się jeszcze bardziej. Nic nadzwyczajnego, po prostu mała strata, mieszcząca się w planie.
I wtedy zaczyna się szaleństwo. Na pszenicy z najbliższym terminem dostawy pojawia się lock limit day. Co to jest? To sytuacja, w której cena dochodzi do maksymalnego poziomu, na jaki giełda pozwala w danym dniu. Giełda zawiesza wtedy notowania i jeśli sytuacja się nie zmieni, w praktyce nie da się zawrzeć żadnej transakcji. Co ważne, stop loss w takiej sytuacji też nie zadziała. Handlu nie ma. Zamknąć pozycji się nie da.
Nie zamierzałem jeszcze zamykać. Ale sama świadomość, że nie mógłbym, nawet gdybym chciał, robi swoje. Najpierw przychodzi poddenerwowanie, potem budzi się strach.
Na tej adrenalinie i strachu wpadam na genialny (???) pomysł. Skoro pszenicę z późniejszym terminem mogę zamknąć z zyskiem, to ją zamykam. Druga mocno pojechała w górę, więc na pewno zaraz wróci. I wtedy będzie git.
W tym momencie mój spread przestał być spreadem. Zostałem z gołą krótką pozycją, której nigdy nie planowałem.
Rynek trzymał lock limit dwa dni z rzędu, za każdym razem rosnąc o maksymalny poziom dopuszczalny przez giełdę. Trzeciego dnia handel wrócił, a moja strata przekroczyła pięciokrotnie moją średnią stratę. Potrzebowałem całego miesiąca, żeby zniwelować efekt tej straty.
To, co miało działać, rozjechało się przez ruch, którego nie przewidziałem. Rynek pokazał ryzyko, którego nie widziałem. Ale ono samo kosztowałoby mnie znacznie mniej. Prawdziwą szkodę zrobiłem sam, kiedy w strachu zamknąłem jedną nogę i zostałem z pozycją, której nigdy nie planowałem.
Z tej transakcji wyniosłem dwie lekcje, które się ze sobą łączą. Po pierwsze: jeśli nie rozumiesz, gdzie jest ryzyko, albo go nie widzisz, to nie jest transakcja dla ciebie. Pamiętaj: nie ma transakcji bez ryzyka. Darmowy obiad jest tylko u babci 😊
Po drugie: ryzyko, którego nie widzisz, jest groźne nie tylko samo w sobie. Kiedy przychodzi, przychodzi razem z emocjami, które mogą popchnąć cię do decyzji, których na spokojnie nigdy byś nie podjął.
Dziś przed wejściem w transakcję odpowiadam sobie na pytanie: jaki jest najgorszy możliwy scenariusz i jak wpłynie na mój rachunek.
Nie chodzi o to, gdzie stoi mój stop loss. Chodzi o to, co się stanie, jeśli stop nie zadziała. Jeśli rynek nie pozwoli przez trzy dni zamknąć pozycji, to ile wtedy tracę? Jeśli otworzy się luką daleko za moim stopem, to ile tracę?
Jeśli odpowiedź mi się nie podoba, zmniejszam pozycję albo rezygnuję z transakcji. Plan na spokojny rynek ma każdy. Liczy się plan na rynek, który może cię zaskoczyć.